Raport: Nawiedzony dom

Kiedy zasiadaliśmy do rozgrywki w Zew Cthulhu, nie byłem pewien jak przebiegnie rozgrywka. Był to dla mnie pierwszy raz, kiedy prowadziłem ten system, chociaż miałem już okazję zmierzyć się z nim kilka razy wcześniej jako Badacz Tajemnic (ani razu nie dożyłem końca przygody). Z tego powodu też sięgnąłem po przygodę z malutkiego startera, jaki przygotowało wydawnictwo Black Monk Games zawierającego przygodę Nawiedzony dom, która została przygotowana jako wprowadzająca zarówno dla graczy, jak i mistrzów gry.

Stół gotowy do rozgrywki, potrzeba jeszcze tylko graczy. Na szczęście, stawili się na miejscu dziesięć minut po zrobieniu tego zdjęcia!

Jako że chciałem sprawić, żeby scenariusz wydał się trochę bliższy i łatwiejszy do wyobrażenia dla moich graczy, przeniosłem akcję z Bostonu do Krakowa (ale zostawiłem okres lat 20). Przygoda nie zawiera żadnych symbolicznych imion ani ukrytych informacji w oryginalnych nazwach, więc nie bawiłem się w żadne tłumaczenia imion, a po prostu wymyśliłem na szybko imiona podobne, chociaż nie koniecznie dokładnie odpowiadające imionom i nazwom z oryginału (np. handlujący papierosami pan Dooley stał się panem Dworskim).

Drugą zmianą, której dokonałem było wprowadzenie wątku prywatnego detektywa, który miał przed graczami poprowadzić śledztwo w sprawie Domu Korybuta. Sam w sobie służył za fałszywy trop, detektyw nic nie wiedział, ponieważ nawet nie zaczął śledztwa pomimo zgarnięcia zaliczki, natomiast wraz z odkryciem dalszych tropów trafił na listę podejrzanych u moich Badaczy, kiedy zaczęli odczuwać osłaniającą sprawę Korybuta zmowę milczenia. Detektyw miał też służyć wyjaśnieniu czemu to właśnie postaci Badaczy zostają wynajęte do rozwiązania tajemnicy – pan Knot już raz zapłacił rzekomemu profesjonaliście i się srodze zawiódł, teraz liczył, że pomogą mu znajomi.

Badacze sprawnie poruszali się przez przygodę i podążali po tropach, chociaż odwiedzali lokacje w kolejności innej, niż zakłada scenariusz, przez co przez pewien moment mieli lekką konsternację o co chodzi. Za to ja zaliczyłem wpadkę wpuszczając ich po prostu do archiwów Kuryera Krakowskiego, zapominając o konfrontacji z naczelnym gazety. Zamiast tego, relacje społeczną przerzuciłem do biblioteki, która była zamknięta z uwagi na remont i dopiero kiedy drużynowy archeolog zastosował swój Urok Osobisty na pani bibliotekarce udało mu się uzyskać dostęp do budynku i informacji, które skrywał.

Ostatecznie, Badacze ponieśli porażkę i nie przeżyli konfrontacji z Korybutem. Użyty czar Dominacji oraz magiczny nóż, który im się dosłownie wbił w plecy (nie przeszukali pomieszczenia w piwnicy, gdzie pomiędzy gratami mieli natrafić na sztylet) sprawiły że walka z nieumarłym Walentym Korybutem była ostatecznie całkowicie zabójcza. Większość moich graczy była całkowicie świeża w RPGach i mogło też zabraknąć doświadczenia, które pozwoliło by się zorganizować w scenie walki.

Nie mniej, wrażenia z przygody były pozytywne – zarówno graczy jak i moje, to dość prostolinijny scenariusz ale pozwalający na pewną reinterpretacje jak i rozszerzenie i pociągnięcie kilku wątków w dalszym kierunku. Kolejnym razem jednak, wybierzemy się w lesiste wzgórza Vermontu…